Witryna przeciętnego salonu prasowego w Chinach

Chińska Republika Ludowa

SONY DSC

Świtało, gdy dotarłam w okolice granicy mongolsko-chińskiej. O ile wydostanie się z Ulaanbaatar poszło poprzedniego dnia jak z płatka (podobnie zresztą jak większa część drogi, mimo że trasa Ulaanbaatar-Zamiin Uud przecina step, co jest równoznaczne z bezkresną nicością i brakiem żywej duszy w promieniu kilkunastu kilometrów), o tyle przemierzanie ostatnich kilkudziesięciu kilometrów dzielących mnie od Chin nie należało do najłatwiejszych. W miejscowości, której nazwy niestety nie pamiętam, a która nie miała przyjezdnym do zaoferowania absolutnie nic, co można by uznać za jakąkolwiek bazę noclegową, zastała mnie zupełna ciemność nocy. Po kilkunastu minutach marszu uradowana znalazłam stację kolejową, miałam więc nadzieję na możliwość przeczekania w jej progach do rana. Gdy okazało się, że stacja jest zamykana o 2, nie było mi do śmiechu – nie miałam gdzie spać, a moje skostniałe ciało dawało mi coraz boleśniej odczuć, że temperatura obniża się z każdym kwadransem. Z tym większą ulgą przyjęłam wiadomość, że za jakieś sześć godzin, około 4 nad ranem, na stacji zatrzymuje się pociąg jadący prosto pod chińską granicę. Stanęłam przed wyborem: czekać na mrozie jakieś dziesięć godzin, by po wschodzie słońca kontynuować autostopowe wyzwanie czy zrobić wyjątek i wsiąść, po kilku tysiącach kilometrów przejechanych przypadkowymi samochodami, w pociąg, by o świcie znaleźć się na granicy. Złamałam się. Było mi zimno, marzyłam o gorącej zupie lub choćby herbacie, nie mogłam doczekać się chwili, w której położę się i rozciągnę obolałe od dźwigania plecaka ciało. Do 2 rano czas zleciał mi bardzo szybko: zwinięta w kłębek na dworcowej ławce, z przymkniętym jednym okiem, starałam się nieco rozgrzać i odpocząć. Być może nawet przysnęłam. Kolejne dwie godziny były natomiast całą wiecznością. Mrozem przeszywającym ciało, głodem kłującym żołądek, tykającym rytmicznie zegarem na dworcowym peronie, ujadaniem psa za ogrodzeniem. Starałam się zająć czymś myśli, ale uczucie głodu skutecznie je zaprzątało. Gdy w końcu nadjechał pociąg, nawet pisk hamujących kół, który zwykle wywołuje dreszcze na całym moim ciele, tym razem nie był w stanie mnie ruszyć. Wpakowałam się wraz z całym swoim dobytkiem do wagonu, zachwalając w duchu luksus tutejszych kolei – w wagonie tyle leżanek, a większość cudownie pusta! Ledwo położyłam się na tej lux-pryczy, a już trzeba było się zbierać do wyjścia. Dlaczego czas tak nie gonił, kiedy siedziałam na dworcu?

Kolejka aut do przejścia granicznego zdawała się nie mieć końca, a z obu stron jezdni tabuny naganiaczy usiłowały mnie wciągnąć do któregoś ze swoich wozów, robiących w zależności od potrzeby za taksówkę, przewóz towarów lub poczekalnię dla znudzonych właścicieli. Usiłowałam iść pieszo w kierunku bramek granicznych, od czasu do czasu pytając kierowców w kolejce o to, czy nie zechcieliby mnie zabrać ze sobą na drugą stronę, ale nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, ci chowali ogorzałe twarze za kierownicami, w pośpiechu zamykając okna. Gdy już powoli opadałam z sił, ulitowała się jakaś kobieta i pozwoliła mi wsiąść do swojej terenówki. Z wdzięczności próbowałam jakoś zagadać, coś powiedzieć, chociaż gestem wyrazić swoje uznanie, jednak kobieta zdawała się niezainteresowana podjęciem konwersacji, więc i ja odpuściłam, wgapiając się w zamieszanie wywoływane przez naganiaczy. Centymetr po centymetrze, metr po metrze, powoli toczyłyśmy się w kierunku celników, a ja miałam wrażenie, że atmosfera w naszym samochodzie staje się niebezpiecznie gęsta. Gdyby nie waga i gabaryty mojego plecaka, nie miałabym oporów, by podziękować i po prostu wysiąść. Tym razem górę wzięła jednak tęsknota za wygodą i chwilą jako takiego relaksu.

Odprawa paszportowa poszła dość sprawnie i po kilku minutach byłam już oficjalnie w Chinach. Postanowiłam, że zanim wyjdę z budynku na zewnątrz, skorzystam jeszcze z toalety. I to był błąd. Duży błąd. Z nieznanej mi przyczyny kabiny w toalecie nie miały… drzwi, Chinki zaś… żadnych zahamowań. Z racji silnej potrzeby postanowiłam jednak stawić czoło wyzwaniu i udawać, że to przecież zupełnie normalna sprawa, kiedy dziesięć kobiet reguluje swoją fizjologię jednocześnie, obok siebie, kucając w równej linii. Kucnęłam i ja, z twarzą pokerzystki, myśląc „tego jeszcze nie było. Podróży mi się zachciało, psia mać!”. Oczywiście byłam jedyną Europejką nie tylko w całej toalecie, ale i w promieniu kilkunastu kilometrów i oczywiście z tego powodu wzbudzałam bardzo duże zainteresowanie. Toteż wszystkie głowy skierowane były ku mnie, co więcej – kilka pań stanęło dokładnie naprzeciwko mnie, z ciekawością mi się przyglądając. Pierwsze sekundy były straszne, miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Po chwili jednak śmiałam się w duchu, mówiąc do siebie: „jeśli chcesz wejść między wrony, musisz krakać jak i one”, i z uśmiechem od ucha do ucha, nie przerywając sobie bynajmniej wykonywanej czynności, zaczęłam pozdrawiać wszystkie panie dookoła najserdeczniejszym nihao, na jakie było mnie stać. Miny pań – bezcenne.

Tym samym wiedziałam już, że na pewno jestem w Chińskiej Republice Ludowej. Znajomi ostrzegali: „będzie ci ciężko; będą się na ciebie gapić, będą popychać, bez opamiętania pluć gdzie popadnie; będą ci zaglądać przez ramię, śledzić każdy twój ruch, podsłuchiwać twoje rozmowy z innymi; nie zmienia to jednak faktu, że z jakiegoś powodu polubisz ten kraj i tych ludzi, będziesz ich wspominać przy każdej okazji”. O tym, że to najszczersza prawda, miałam się przekonać nie raz.

Reklamy