Studiowanie mapy Rosji

Jak trafiłam do Krasnojarska

  Oddzielny wpis poświęcony Rosji pojawi się niebawem, tymczasem opiszę historię mojej nieplanowanej wizyty w Krasnojarsku. Bez wątpienia na długo zapadnie mi w pamięć, coś takiego nie zdarza się codziennie.

  W drodze do Nowosybirska (jeśli mnie pamięć nie myli, podróżowałam akurat kultowym już Kamazem), studiując mapę Syberii, zastanawiałam się nad tym, którą drogę do Mongolii wybrać: mogłam podążać szlakiem Kolei Transsyberyjskiej (tzn. z Nowosybirska jechać dalej na wschód do Irkucka i następnie, wzdłuż południowo-zachodniego brzegu Bajkału, do Ulan Ude i Ulan Bator) lub w Nowosybirsku skierować się na południe, wprost w Góry Ałtaju, i z tej strony dojechać do mongolskiej stolicy. Wybór pierwszej możliwości dałby mi szansę zobaczenia wielkiego lodowiska, jakim obecnie jest Bajkał (spełniłabym tym samym swoje kolejne marzenie o zobaczeniu na własne oczy tego największego jeziora Syberii), wybór drugiej zaś wydawał się dość ryzykowny – wydawało mi się, że zima nie jest najlepszą porą roku na stopowanie ta trasą. Swoje wątpliwości postanowiłam skonsultować z autostopową bracią, poprzez facebookową grupę. Otrzymałam wiele cennych wskazówek i porad, a wśród nich dwie najważniejsze: pierwsza, udzielona przez Agatę, by koniecznie odwiedzić polskiego księdza, prowadzącego parafię w Bijsku (to w przypadku, gdybym zdecydowała się jechać z Nowosybirska na południe), oraz druga, od niejakiego Andrzeja: „Odwiedź moją ciocię w Krasnojarsku”. Kilka wymienionych wiadomości i po chwili byłam w posiadaniu krasnojarskiego adresu. Zamarznięcie Kamaza 300km przed Nowosybirskiem, które nastąpiło niedługo po tym, jak korespondowałam z Andrzejem, oraz szybka przesiadka w związku z powyższym w kolejną maszynę, ułatwiła podjęcie decyzji. Jako, że mój nowy kierowca jechał kilkadziesiąt km za Krasnojarsk, uznałam że pojadę razem z nim.

W okolice Krasnojarska dojechaliśmy dwa dni później, w sobotę, około godziny 19. Naiwnie cieszyłam się, że w najgorszym wypadku godzinę później stanę w ciocinych progach. Przeceniłam rozmiary Krasnojarska. Sprawy nie ulatwiał również fakt, że skończyła mi się gotówka, a najbliższy bankomat znajdował się dobrych kilka km dalej. Mój kierowca zatrzymał tira jakieś 15km przed wjazdem do miasta, tuż przy posterunku policji, uznając, iż jest to najlepsze dla mnie miejsce na przesiadkę. Jednocześnie nie pozwolił mi opuścić kabiny, bym nie zamarzła na trzydziestostopniowym mrozie, który panował w najlepsze tego wieczoru. Sam natomiast wyszedł do stojących nieopodal policjantów, by skonsultować z nimi możliwości dostania się do centrum miasta. Panowie, nie zwlekając zbyt długo, zatrzymali nadjeżdżający autobus, nakazali kierowcy zabrać mnie ze sobą i wysadzić w dogodnym dla mnie miejscu. Kierowca, gdy usłyszał moją historię, tak się nią przejął, że począł dzwonić z prywatnego telefonu, by zlokalizować ulicę, na którą chciałam się dostać. Co więcej, zabrał mnie na główny dworzec autobusowy, wskazał bankomat, po czym zawiózł na przystanek, na którym miał mnie odebrać autokar dalekobieżny,  umówiony przez tegoż kierowcę. Zarówno autobusem podmiejskim, jak i autokarem, jechałam za darmo.

  Kierowcy autokaru wysadzili mnie w miejscu, z którego wciąż miałam jeszcze kilka km do celu. Zbliżała się godzina 23.00, termometr wskazywał 34st.C na minusie. Byłam bliska rezygnacji z odwiedzin – ciocia nie spodziewała się mojej wizyty, Andrzej nie dysponował numerem telefonu. Nie mogłam więc nijak uprzedzić o swojej wizycie, co tym bardziej odciągało mnie od pomysłu, by wtargnąć do domu Pani Anny późną nocą. Sytuacja była patowa. 10 minut spędzonych na mrozie oraz świadomość tego, że jestem w obcym mieście i nie wiem nawet, w którą stronę pójść, by dotrzeć do całodobowej Cafe zadecydowały o tym, że postanowiłam zaryzykować i zapukać do ciocinych drzwi. Natychmiast udało mi się złapać taksówkę, na miejsce więc dotarłam w 10 min. Krótko po 23.00 stałam przed blokiem w Leninskim Reyonie.

  Miałam nadzieję, że to, iż w końcu udało mi się dotrzeć pod podany adres, będzie oznaczało koniec moich perypetii. Nic bardziej mylnego. Kiedy nacisnęłam domofon i zaczęłam dukać doń swoim wątpliwym rosyjskim, mężczyzna który odezwał się po drugiej stronie, po prostu odłożył słuchawkę. Całe szczęście, że do klatki obok wchodził w tym czasie młody chłopak, bo od razu, gdy zobaczył mnie z tym moim tobołem na plecach, stojącą i gapiącą się bezradnie w domofon, zaproponował pomoc. Ku mojej wielkiej radości, była to pierwsza osoba w tym kraju, która rozumiała język angielski! Od razu zadzwonił ponownie domofonem, a hasło „przyjechała dziewczyna z Polski”, wypowiedziane przez niego w języku rosyjskim, otworzyło wrota klatki schodowej.

  Gdy zziajana wczłapałam na piąte piętro, dotarło do mnie, co ja właściwie robię. Stanęłam przed drzwiami, serce waliło mi, jak oszalałe a ja wiedziałam, że nie ma już odwrotu. Po chwili w progu stanęła starsza pani, niższa ode mnie o głowę. Zaczęłam gorąco przepraszać za najście, tłumaczyć – że tylko do rana, że będę ogromnie wdzięczna za kawałek podłogi i że bladym świtem sobie pójdę. W tym momencie kobieta podeszła do mnie, w Jej oczach zabłyszczały łzy, ona zaś uścisnęła mnie, ucałowała i rzekła: „Nigdzie nie pójdziesz. Witaj w domu, rozbieraj się, przecież nie będziemy rozmawiać w drzwiach! Na pewno jesteś zmęczona, zaraz cię nakarmię i napoję”. W tym samym momencie obok mnie zjawiła się śliczna mała dziewczynka, która nie tylko ogromnie ucieszyła się z mojej wizyty, ale oznajmiła również wszystkim (w języku rosyjskim), że tej nocy będzie spała z ciocią! Po kilku minutach pojawił się także (na rękach taty) maleńki chłopiec, który – podobnie, jak jego siostra – wciąż powtarzał „ciocia! ciocia!”.

  Mimo późnej pory rozmawiałyśmy do 2.00  nad ranem. Jeszcze tego samego wieczoru starsza pani o przesymaptycznym wyglądzie stała się oficjalnie moją ciocią, a ja poznałam historię całej rodziny Andrzeja, który jeszcze kilka godzin wcześniej był zupełnie nieznanym mi człowiekiem. Ciocia z wielkim przejęciem opowiadała rozmaite historie ze swego dzieciństwa oraz młodości, wspominała wydarzenia z życia rodziny, pokazywała zdjęcia, mapy, kartki i listy z Polski. I choć Ona nie mówi w ogóle po polsku a mój rosyjski jest na bardzo podstawowym poziomie, dogadujemy się naprawdę znakomicie! Po godzinie od mego przekroczenia ciocinych progów, usłyszałam z jej ust: „ty nigdzie jutro nie pojedziesz!  Musisz odpocząć, poza tym ja chciałabym ci pokazać Krasnojarsk i Diwnogorsk, chciałabym cię zabrać do kościoła, w którym są polscy księża oraz siostry zakonne. Musisz zostać co najmniej do środy!”. I tak, ku memu zaskoczeniu, wizyta w Krasnojarsku przerodziła się w odwiedziny nowych członków rodziny.

5 comments

Sandrita, super historia. A moment przed drzwiami, kiedy uświadamiasz sobie, że co-ja-właściwie-robie-BOŻE-to-sie-dzieje-naprawde to jest absolutne piękno dzikiego podróżowania.

Potwierdzam zdanie sasiadow z gory masz talent do opisywania historii ten wpis niczym fragment ksiazki mniej o sobie i przechodzisz do meritum czekam na nastepne 🙂

Sandrita:) piękna historia i robi banana na twarzy, czekamy na kolejna

Powiem tak, jak nie wszystkie Twoje wpisy sa dla mnie ciekawe. Ten tutaj spowodowal wielki usmiech na mojej twarzy. Niech Ci bedzie,z taka rodzinka jak najlepiej i powodzenia w radosci podrozy.

Powiedzmy, że się rozkręcam ;-). Dziękuję za opinię, wezmę do serca i zapamiętam na przyszłość, co by nie nudzić Szanownych Czytelników. Pozdrawiam ciepło!

Comments are closed.