Jedna z syberyjskich dróg zimową porą

„Rosjanina zrozumie tylko drugi Rosjanin”

  „Załatwiasz sprawę po sowiecku! Kombinujesz jak niedźwiedź w tajdze, który lawiruje między drzewami! A w ogóle, to za dużo chcesz naraz! Instytucja poszła ci na rękę w jednej kwestii, a ty już z drugą wyskakujesz! Rosjanie, kiedy chcą coś załatwić w polskich urzędach, to takiego (tu urzędnik był nawet uprzejmy pokazać) kopa w dupę dostają od Polaków, a ty sobie tak tu przychodzisz, jakbyś nie wiadomo kim była!”. Tak, to fragment wypowiedzi jednego z pracowników Konsulatu Generalnego Federacji Rosyjskiej w Poznaniu. I tak, moje pierwsze chwile z Rosjanami nie należały do najprzyjemniejszych. Rzekłabym nawet, że były bardzo nieprzyjemne. Chyba nigdy wcześniej nie widziałam takiej złości w oczach, nie słyszałam tak nieprzyjemnego, kąśliwego śmiechu i na pewno nigdy nie doświadczyłam takiego poziomu decybeli w instytucji publicznej, jaki zaprezentowała mi „pani z okienka”, w odpowiedzi na moje pytanie. Biorąc pod uwagę to, że rozmowa telefoniczna, jaką odbyłam na kilka dni przed wizytą w instytucji, przebiegła w zupełnie innej atmosferze, mogę przyznać – dostałam obuchem w łeb. Bolało. „No to się zaczyna”, pomyślałam zrozpaczona po opuszczeniu budynku przy ul. Bukowskiej.

Ja nie znaju, ja nie panimaju

  Pierwsze godziny w Rosji również nie były bajkowe. Ja nie znałam słowa po rosyjsku, Rosjanie zaś nie robili sobie fatygi, by zrozumieć to, o co ich w danym momecie prosiłam czy pytałam (w sytuacjach typu sklep / stacja benzynowa / motel itp.). Stała obecność u mego boku polskiego kierowcy, który jest w stanie prowadzić dyskusje z Rosjanami w ich rodzimym języku, nie tylko wiele mi ulatwiała, ale i sprawiała, że nawet nie podejmowałam prób nawiązania kontaktu. Sądziłam, że to kwestia obustronnych chęci i jakoś się ułoży. Pierwsza szansa, a właściwie próba, nie była zbyt udana. Mój polski kierowca – bohater z honorem i ambicjami niesienia mi pomocy na każdym kroku – postawił sobie za cel znalezienie mi nowego auta. Patrzyliśmy po sobie z zażenowaniem, gdy jego kolejne prośby przez CB radio (na rosyjskim kanale), by ktoś zabrał mnie w kierunku Syberii, kończyły się tym samym zapytaniem ze strony rosyjskich kierowców: „bladź?” (dla niewtajemniczonych: bladź to bardzo wulgarne sformułowanie; inaczej kobieta, zajmująca się prostytucją). Skok na głęboką wodę – czyli pożegnanie z polskim kierowcą – spowodował, że już po kilku dniach byłam w stanie samodzielnie złożyć zamówienie w kafe, poprowadzić krótką konwersację a nawet czytać jedno czy dwusylabowe słowa, napisane cyrylicą.

„-20st.C to nie mróz, 100km to nie odległość…

  Widząc skutki dyskusji za pośrednictwem CB radia, postanowiłam stanąć z Rosjanami twarzą w twarz. „Teraz albo nigdy!” – lekko zdesperowana, ubrana w kilka warstw odzieży (wszak było już kilkanaście stopni na minusie), z najserdeczniejszym uśmiechem, na jaki pozwalały mi mięśnie mimiczne, ruszyłam na podbój parkingu. Już pierwsza rozmowa (trudno to w sumie nazwać rozmową, raczej rozpaczliwe wymachiwanie rąk z jednoczesnym okrzykiem „Siberia?”) zakończona była powodzeniem. Kierowca, mężczyzna ok. 60-tki – bez większego przekonania, ale jednak! – zgodził się mnie zabrać mimo tego, że w jego ojczystym języku znałam raptem ze trzy słowa. Jurij – co rusz plujący łuskami słonecznika (w sposób zupełnie dla mnie niezwykły skubał go między zębami bez użycia rąk, jednocześnie prowadząc pojazd i rozmawiając na przemian przez telefon komórkowy i przez CB radio) – okazał się Aniołem. Na tyle przejął się moją wizją samotnego przemierzenia Syberii w środku zimy, że nawet nie chciał słyszeć o tym, bym włóczyła się po parkingu w poszukiwaniu kolejnej przesiadki. I tak, dzięki niemu, po raz pierwszy zasiadłam w Kamazie, w oczekiwaniu na nową maszynę (Jurij miał rozładunek nieopodal parkingu). Również Wiktor (kierowca tego radzieckiego cudu motoryzacji) wykazał się wielką życzliwością – pozostawił mnie w Kamazie, sam zaś chodził od ciężarówki do ciężarówki, szukając dla mnie przesiadki. Kilka minut oczekiwania i już siedziałam w wielgachnej, „amerykańskiej” maszynie o przedłużonym przodzie. Nie na długo jednak – wieść o tym, że jakaś dziewczyna z Polski chce jechać w środku zimy autostopem na Syberię rozniosła się na tyle szybko, że rozemocjonowany moją wizytą kierowca zdążył tylko poczęstować mnie czekoladą, a już na rosyjskim kanale odezwał się Marat – „hej! jadę pod Nowosybirsk i chętnie ją zabiorę”. Po chwili mężczyzna w samym podkoszulku i cieniutkich spodniach dresowych, na niemal dwudziestostopniowym mrozie przenosił mój gigantyczny plecak, a ja w myślach skakałam z radości. Miałam powód – właśnie znalazłam transport na ponad 2000km. Te trzy dni podróży w maratowej kabinie były zdecydowanie najprzyjemniejsze – ciepło i  komfortowo, a przy tym we wspaniałym towarzystwie: nieustanne żarty i wzajemne przekomarzanie były fajnym dodatkiem do zachwycających rosyjskich krajobrazów – błękitne niebo, bielutki śnieg sięgający horyzontu i zazwyczaj pusta droga, wijąca się między tą bielą i blękitem niczym czarny wąż. Nic dziwnego, że przeżyłam lekki szok termiczny (i nie tylko), gdy po 3 dniach podróży w takich okolicznościach przesiadłam się do Kamaza, w którym nie tylko temperatura powodowała, że w ciągu niemal 48h godzin jazdy wyszłam z puchowego śpiwora raptem kilka razy (podczas postojów), ale i kierowca odziany w kufajkę i dziwną czapkę, non stop pytający: „A męża to masz? Nie masz? A zabierzesz mnie ze sobą do Polski?”, nieco umniejszały mi radość jazdy. To straszne, co napiszę, ale ku mej uciesze Kamaz w pewnym momencie zamarzł na dobre i nie chciał dalej jechać. „Sandra, ja sobie poradzę, ja przyzwyczajony, ale ty zaraz zamarzniesz tak jak Kamaz! Musisz dalej jechać beze mnie”- rzekł zasmucony mężczyzna, sięgając po mikrofon CB radia.

…a wódka to nie alkohol”

 Od opuszczenia Warszawy nie było już później ani jednej okazji, bym musiała dźwigać swój „domek” czy stać na dworze dłużej, niż 5 minut. Kierowcy traktowali mnie nie tylko jak księżniczkę, ale również jak specjalnego gościa. Co więcej – jak gościa, który przyjechał właśnie do nich. I tak, ilekroć zmieniałam samochód, kolejny kierowca opowiadał nie tylko podczas rozmowy telefonicznej, ale i przy byle innej okazji (w cafe, na stacji benzynowej czy gdziekolwiek indziej), że ma takiego gościa z Polski, że trzeba mnie odpowiednio podjąć i się mną zaopiekować. To dzięki kierowcom miałam szansę spróbować wielu różnych potraw (wachlarz możliwości był dość ograniczony przez fakt, że nie jem mięsa, choć i tak stawali na głowie, bym spróbowała rozmaitych ryb; co więcej – bardzo często, a szczególnie Marat, nie pozwalali mi zapłacić za mój obiad!), zażyć przyjemności, jaką daje wizyta w ruskiej bani (włącznie z chłostą witkami brzozowymi, która wg Rosjan wspaniale poprawia krążenie i otwiera pory; znów, podobnie jak za posiłki, nie pozwalali mi za banię zapłacić, zawsze słyszałam to samo: „jesteś moim gościem!”), napić się dobrego koniaku („dziewczyno, my nie pijemy wódki! Nie wiem, dlaczego wszyscy mówią,  że Ruscy tylko wódkę piją, przecież koniak dużo lepszy!”), czy posłuchać rzewnych rosyjskich pieśni w ich wykonaniu. Żeby jednak zachować balans, dbali również o to, bym mogła się przekonać o tym, że smród naprawdę może szczypać w oczy – ilości papierosów, jakie każdy z nich pali, może przyprawić o łzy i podrażnienie błony śluzowej nosa i gardła nawet największych twardzieli. Jeśli do tego dodamy spaliny, buchające co i rusz z Kamaza i kamazowego ogrzewania, to można uznać za cud to, że się nie uwędziłam.

Pokora

  Co mnie zdziwiło w Rosji? Na pewno pokora. Można ją zauważyć w różnych sytuacjach. Kobiety są oddanymi żonami i matkami, w większości przypadków nie mają swoich potrzeb, pasji i zainteresowań, pokornie wypełniając obowiązki gospodyń domowych. Co więcej, nie rozumieją tych kobiet, które tego wszystkiego (męża, dzieci, ciepła domowego ogniska) nie mają. Nie raz i nie dwa spotkałam się z miną wyrażającą to, co kobieta myślała o mnie („kretynka”), gdy usłyszała mą odpowiedź na pytanie „a ty gdzie z tym plecakiem jedziesz?”. Klienci kafe pokornie czekają, aż pani sprzedawczyni (doprawdy, do miana baristki czy kelnerki długa droga przed nimi) znajdzie siły na to, by wstać z krzesła (co nie jest rzeczą prostą, jeśli się siedzi z nogami wyciągniętymi na drugim krześle i, popijając kawę, ogląda tv) i obsłużyć głodnego klienta. Cały zaś naród pokornie pije ciaj osłodzony dwiema łyżeczkami cukru. Naprawdę, w Rosji nikt nikogo nie pyta o to, czy ktoś słodzi, ile łyżeczek (o kilku rodzajach tegoż cukru to już w ogóle można zapomnieć)itp. Wszyscy, jak jeden mąż, słodzą dwie łyżeczki i basta. Jak to wygląda w praktyce? Zazwyczaj wszystko jest tak przygotowane, że wystarczy zalać wrzątkiem i można pić – przy samowarze lub termosie porozkładane są plastikowe kubki, a w każdym torebka herbaty i wspomniany cukier. Pani serwująca gorące posiłki (tak na prawdę to zazwyczaj są one ledwo letnie i przesuszone przez odgrzewanie w kuchence mikrofalowej) szybkim ruchem chwyta kubek, zalewa i…”szto budjet?” – już kolejny klient. Tak więc nie dyskutuj tylko bierz, co ci dają!

Żal, naprawdę żal ludzi

  Mimo moich wielkich starań, nie da się, naprawdę się nie da przemierzyć Rosji, nie zamieniwszy choćby kilku słów na temat obecnej sytuacji politycznej. „Co Polacy sądzą o Rosjanach?”, „Co się mówi w Polsce o Rosji?”, „Co myślicie o Putinie?”, „Podobno w Ameryce mówią, że to Rosja atakuje Ukrainę.  Przecież to bzdura, Ukraińcy sami siebie mordują! W Europie też tak mówią, że to wina Rosji?” – by wymienić choćby kilka z pytań, zadawanych mi przez Rosjan. Unikałam głębszych dyskusji, zbywając rozmówców zdawkowymi odpowiedziami, ponadroczny pobyt w Londynie podając za powód swej „niewiedzy” na temat bieżących wydarzeń (jakby w Londynie nie było mediów). Jednocześnie starałam się śledzić – w miarę swoich możliwości – newsy serwowane przez media rosyjskie. Często pojawiały się nagrania video, na których dziesiątki rosyjskich samochodów ciężarowych, wypchanych po brzegi (w ramach pomocy humanitarnej), wyjeżdżały w kierunku Ukrainy. Zaciekawiona, wysłałam kilkanaście emaili do instytucji, zajmujących się pomocą humanitarną dla naszych wschodnich sąsiadów – z zapytaniem o to, jakie kraje wystosowały pomoc i jakiego rodzaju. Otrzymałam jedną odpowiedź: „Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża otrzymał DATKI FINANSOWE na rzecz działań na Ukrainie z różnych rządów, w tym: amerykańskiego, rosyjskiego, brytyjskiego, japońskiego, niemieckiego, duńskiego, australijskiego, jak również ze strony Unii Europejskiej. (…) Nie otrzymaliśmy żadnych darów rzeczowych, ponieważ mając gotówkę, mamy większe możliwości. Zazwyczaj sami dokonujemy zakupu produktów, które lokalnie dystrybuujemy. (…)”. Wiele razy, z różnych ust, słyszałam: „żal, naprawdę żal. Giną niewinni ludzie, dzieci tracą rodziców, rodzicom na rękach umierają dzieci. Jak tak można? A wszystko rozgrywa się o pieniądze… Sandra, my naprawdę nie chcemy wojny, nasi rodzice i dziadkowie już dwie przeżyli, Rosja za swoje winy przeprosiła. My chcemy po prostu spokojnie żyć. Zobacz, ile różnych mniejszości narodowych i etnicznych żyje w Rosji – używają swoich języków, mają swoje kościoły i świątynie, pielęgnują swoje tradycje. Nikt nie ma do nich o to pretensji, nikt sobie nie wchodzi w drogę, żyjemy razem w zgodzie i wzajemnym poszanowaniu. Jesteśmy tolerancyjni i gościnni, ale też kochamy swój kraj. Jeśli ktoś przyjdzie, by odebrać nam nasze ziemie, będziemy walczyć. Przeżyliśmy wojnę, jedząc same ziemniaki, przeżyjemy i kolejny raz, ziemniaków akurat u nas dostatek”. Gdy ludzie wypowiadali te słowa, w ich oczach widać było szczerość, wzruszenie i niezgodę. Muszę przyznać – miałam przyjemność poznać kilku Tatarów i Buriatów, trochę czasu z nimi spędziłam. Marat – Tatar z dziada pradziada, posługuje się dwoma językami, rosyjskim i tatarskim. Rodzina pielęgnuje tradycje tatarskie, Marat dba o to, by jego córka również znała język przodków. Jednocześnie kocha Rosję miłością gorącą i podkreśla to na każdym kroku. Podobnie jak Aleksander, Buriat o rosyjskim imieniu, który Buriację uważa za najpiekniejszą część Rosji. Mężczyzna przez cały czas zwracał mi uwagę na swoją buriackość („Przyjrzyj się naszym twarzom, nie znajdziesz podobnych rysów nigdzie indziej”),  jednocześnie powtarzając, że za Rosję oddałby życie. To aż kłóciło się z jego usposobieniem – przepełniony ciepłem, wrażliwością i dobrem, wychodził z siebie, by jak najlepiej mnie ugościć w skromnych progach stróżówki, do której trafiłam przez zupełny przypadek.

  Nie zamierzam wysnuwać tu żadnych wniosków, stawiać osądów czy poddawać kogokolwiek swojej ocenie. Ostatni akapit to zaledwie przysłowiowa kropla w morzu tak złożonego i skomplikowanego tematu, jakim jest panująca sytuacja na Ukrainie. Jedno jest pewne – kierowałam, kieruję się i będę się kierować sercem, ponieważ właśnie serca otwierają przede mną ludzie. Trzy tygodnie spędzone w Rosji po raz kolejny mnie przekonały, że świat nie jest czarno-biały, więc nie należy go rozpatrywać w takich kategoriach. Stosunki zachodnio-rosyjskie bardzo się zmieniły w ostatnim czasie, większość Europejczyków pała niechęcią do Rosjan. Tym wpisem chciałabym przekonać Was do pewnego zabiegu – do oddzielenia ziarna od plew, czyli – choć to bardzo trudne, wiem – odsunięcia polityki na bok i rozpatrywania Rosji nie tylko przez pryzmat plityki, ale i jej mieszkańców. Doświadczyłam ze strony Rosjan naprawdę mnóstwo sympatii, gościnności i bezinteresownej pomocy. Nie miałam ani jednej nieprzyjemnej sytuacji, nie spotkała mnie tam żadna krzywda – wręcz przeciwnie, noszono mnie tam niemal na rękach. Naprawdę, Rosja to nie tylko Kreml, to przede wszystkim ludzie. Ludzie, dla których warto przejechać autostopem niemal 10 tys.km w środku zimy.

Bajkał

  Na koniec, by nieco rozluźnić atmosferę (ale też z innych powodów), muszę wspomnieć o Bajkale. O tym, by go zobaczyć, marzyłam od dobrych kilku lat. Dlaczego? Nie wiem. Po prostu snułam wyobrażenia o tym, jak przechadzam się jego brzegiem i podziwiam kolor wody od dawna i już. Gdy więc znalazłam się na Syberii i z dnia na dzień byłam coraz bliższa zobaczenia go na własne oczy, gdzieś w środku narastały we mnie emocje – ekscytacja mieszała się ze szczęściem („to się dzieje naprawdę!”) i z niecierpliwością jednocześnie („No kiedy, kiedy w końcu tam dojedziemy?”). Szczerze? Gdy w końcu wysiadłam z kabiny tira, by jeszcze lepiej go widzieć, rozczuliłam się. Po raz kolejny miałam gigantyczne szczęście doświadczyć tego, co znaczy spełnić swoje marzenie. Bajkał w rzeczywistości jest jeszcze piękniejszy, niż w moich wyobrażeniach, barwa wody przyprawia o zawrót głowy, zaś rozciągające się wokół lasy i wzniesienia zachęcają do powrotu. W zasadzie mam już kolejny projekt do zrealizowania: objechać jezioro na rowerze! Jesteście moimi świadkami, słowo się rzekło. Nie ma przecież rzeczy niemożliwych, prawda?

 Czy wrócę do Rosji? Na pewno, i to nie tylko przez „projekt Bajkał”. Panujący mróz spowodował, że przecięłam Rosję w tempie ekspresowym, bez dłuższych postojów (z wyjątkiem Krasnojarska). Pomijając, że Petersburg, że Moskwa, że przecież inne miasta warte zobaczenia, mnie interesuje coś innego – szamanizm syberyjski. I to głównie dla niego pojadę tam raz jeszcze. Tym razem będzie to, mam nadzieję, nieco dłuższy pobyt.

 

 

 

 

 

4 comments

Nie ma takiej rzeczy w relacja między narodami, której politycy nie byliby w stanie zapsuć.

Ale wciaz zdarzaja sie miejsca, do ktorych polityka (a wlasciwie politycy) jeszcze nie dotarli 🙂 juz niebawem kolejne wpisy m.in.o Mongolii, Chinach i Laosie! 🙂

Comments are closed.