Bus stojący w środku mongolskiego stepu

Tam, gdzie Matka Natura mówi „dobranoc”

Ostatnia doba i ostatnia wieczerza na rosyjskiej ziemi

  Słońce sięgało linii horyzontu, kiedy przemierzaliśmy ostatnie kilometry rosyjskich szos. Sporo słyszałam od kierowców o końcowym, około stukilometrowym odcinku, poprzedzającym przejście graniczne z Mongolią. Na podstawie tych rozmów oczami wyobraźni widziałam siebie nareszcie docierającą na przysłowiowy kraniec świata, który to, choć porośnięty bezkresnymi, mrocznymi lasami, pozbawiony jest istot żywych. Nasza załadowana po dach ciężarówka, którą podróżowałam przez Buriację, co chwilę podskakiwała na wybojach, a ja chłonęłam zmieniający się za oknem krajobraz, z trudem powstrzymując okrzyk radości, jaki we mnie od jakiegoś czasu wzbierał. Mimo siarczystego mrozu i czarnych wizji mojej Kochanej Mamy („zobaczysz, usiądziesz gdzieś na poboczu w oczekiwaniu na kolejny samochód, przyśniesz i zamarzniesz! Nikt nawet nie będzie wiedział, gdzie cię szukać!”), ja – samotna autostopowiczka – przemierzyłam calusieńką Rosję w środku zimy, zdając się na przychylność i pomoc obcych ludzi! Serce waliło mi jak oszalałe, ilekroć o tym myślałam.

  Tymczasem droga, którą podążaliśmy, w istocie przypominała tę będącą wytworem mojej wyobraźni. Z każdym kilometrem ubywało asfaltu, aż w  pewnym momencie zniknął całkowicie, poddając naszą ciężarówkę najwyższej próbie. Biedny kierowca – dwoił się i troił, w pocie czoła kręcąc olbrzymią kierownicą, by omijać dziury i kamienie, których nie brakowało na naszym szlaku. Było już dawno po zmroku, gdy zatrzymaliśmy się na skrawku odśnieżonego pobocza, oddalonego o kilka kilometrów od przejścia granicznego.

  Głodni i zmarznięci, oboje z Jurijem marzyliśmy o kolacji, co w warunkach, w jakich przyszło nam spędzić noc, nie było marzeniem łatwym do zrealizowania. Najbliższy przydrożny bar zostawiliśmy jakieś 150km za sobą, kabina naszego wehikułu była natomiast tak załadowana tobołkami, że z trudem dało się w niej wykonać jakikolwiek ruch. Perspektywa śmierci głodowej „na końcu świata” spowodowała jednak, że ochoczo zabraliśmy się za przemeblowanie przestrzeni. Bagaże z łóżka dolnego, pod którym Jurij skrywał najcenniejsze skarby (kuchenkę gazową, lodówkę, zapasy żywności, sztućce, menażki, garnki itd.), wylądowały na łóżku górnym, desce rozdzielczej, kierownicy, w schowkach nad deską rozdzielczą i w drzwiach, a nawet na podłodze; mój fotel, by łatwiej było podnieść dolne łóżko, został złożony pod kątem ostrym, a tuż nade mną zawisł kożuch Jurija, tak więc kolację spożywałam w pozycji co najmniej dziwnej, a na pewno okropnie niewygodnej – powyginana w pałąk, z kierownicą wbijającą się w brzuch (jestem przecież mniejsza od Jurija, w przydziale przypadł mi więc fotel, na którym jest mniej miejsca), kolanami pod brodą i Jurijowym kożuchem na głowie. Trzeba przyznać, że podróżowanie w kilkudziesięciostopniowym mrozie ma swoj urok. Wracając jednak do kolacji – tego wieczoru, zapewne przez fakt, iż był to nasz pierwszy ciepły posiłek tego dnia – smakowała doprawdy wybornie. Na skrawku wolnej przestrzeni na podłodze wylądowała kuchenka gazowa, z baniaka polała się źródlana woda i nastąpiła ceremonia gotowania zupek chińskich, owsianki, kaszki błyskawicznej oraz zaparzania liści herbaty, pochodzących prosto z cejlońskich plantacji; kilka ruchów nożem i na plastikowej tacce pojawiły się kanapki i kawałki jabłek, a w metalowej miseczce zabrzęczały ziarna, orzechy i suszone owoce. Jurij, pobłyskując złotym zębem przy każdym uśmiechu, na zmianę siorbał herbatę i chińskie nudle, obficie zagryzając je kiełbasą, a z mojego tabletu popłynęły dźwięki muzyki. Nasza ciężarówka, wtopiona w czerń nocy, majaczyła wątłym światłem żarzącym się z kabiny, zaś na zewnątrz panowała absolutna cisza. Naprawdę byłam na końcu świata, tutaj nawet psy nie szczekały! Jurij, bez opuszczania kabiny ani nawet bez otwierania drzwi (tej nocy mróz dobijał do -40st.C), bardzo sprawnie umył naczynia w plastikowej miednicy (kierowcy wożą w swoich kabinach naprawdę wszystko). W tym czasie ja, niezmienie z Jurijowym kożuchem na głowie, zastanawiałam się, czy moje ciało zastygło już na dobre w pozycji, w której siedziałam od niemal godziny, czy jakimś cudem uda mi się rozprostować kończyny. Kolejne 30 minut, podczas których ponownie przemeblowaliśmy kabinę, by zwolnić miejsce na łóżkach, i nadszedł czas wieczornej toalety. Oszczędzę szczegółów, przyznam jedynie, że w takich warunkach (atmosferycznych, rzecz jasna) człowiek nie dość, że może się srodze ubawić, to jeszcze odkryć nowe sposoby na zapewnienie sobie chociaż podstawowej higieny. Przypomnę, że w okolicy – poza ciemnymi lasami, nie było żadnej cywilizacji, zaś za miejsce toalety służył…kawałek wolnej przestrzeni pod naczepą, a dokładnie między miejscem złączenia naczepy z kabiną a kołami. Wyobrażacie to sobie? Ja teraz, gdy to opisuję, również nie. A jednak tak było.

  Gdy wróciłam z „toalety”, Jurij już chrapał w najlepsze. Był w tym na tyle skuteczny, że tej nocy nie zmrużyłam oka ani na moment. Niestety, tak jak mogę spać w pobliżu pracującego młota pneumatycznego, wszelkich prac remontowych, głośnej muzyki itd., tak chrapanie w kilka minut doprowadza mnie do obsesji, ataków agresji i ostatecznie do łez rozpaczy i bezsilności. Dźwięki wydawane przez białoruskiego kierowcę zagłuszały nawet muzykę, której starałam się słuchać przez słuchawki w nadziei na to, że jakimś cudem uda mi się zasnąć. Niestety. Uroki podróżowania stopem, do wszystkiego trzeba przywyknąć. Tuż po wschodzie słońca Jurij się przebudził i, niczym poranny skowronek – wyspany, świeżutki oraz pełen radości i gotowości do rozpoczęcia kolejnego dnia, zabrał się za przygotowywanie śniadania. Kolejne przemeblowanie kabiny, Jurijowy kożuch zwyczajowo już nad moją głową, fotel w tej samej pozycji, co podczas kolacji, kierownica w brzuchu, kolana w brodzie i…byłam gotowa, by napić się porannej kawy. Doprawdy, w takich okolicznościach nawet zwykła Nesca smakuje jak najlepsze latte, serwowane we włoskich kawiarniach.

  Kiedy ja leniwie kończyłam śniadanie, Jurij zdążył w tym czasie udać się do urzędu celnego w celu sprawdzenia dokumentów i uiszczenia opłat celnych. Nie miał dobrych wiadomości: „Celnicy nas dzisiaj nie obsłużą, za dużo mają pracy. Nie przekroczymy granicy przed jutrzejszym porankiem”. Jakby tego było mało, dokładnie w tym momencie zepsuło się ogrzewanie w kabinie, które pracowało przy wyłączonym silniku. Od tego momentu zdana byłam na Jurija, ponieważ tylko gdy on był obecny, silnik mógł być włączony. Gdy wychodził – co robił dość często z uwagi na dokumenty w urzędzie celnym – w kabinie w jednej chwili robiło się przeraźliwie zimno, mimo świecącego słońca na zewnątrz. Żeby kompletnie nie zamarznąć, ubrana w spodnie snowboardowe, kurtkę zimową, czapkę i kilka par skarpet, popijałam kolejne herbaty, jednocześnie próbując stłumić złość, jaka we mnie narastała. Utknęłam na ponad 24 godziny „gdzieś” między Rosją a Mongolią, w ciasnej kabinie ciężarówki, w której szyby skute lodem z powodu zepsutego ogrzewania, zasłaniały mi kompletnie widok na świat, bez dostępu do jakiegokolwiek prysznica i wifi. To była chyba pierwsza próba mojej motywacji i siły, niezbędnych do realizacji marzeń podróżniczych.

 „W stepie szerokim, którego okiem nawet sokolim nie zmierzysz”*

  Kiedy kolejnego ranka, po kilkugodzinnym oczekiwaniu w długiej kolejce, w końcu znaleźliśmy się w Mongolii, czułam, że tak naprawdę dopiero teraz dotarłam do Azji. Uderzająco różna od rosyjskiej mentalność Mongołów, a także ich zachowanie sprawiły, że zaczęłam doświadczać czegoś, za czym tęskniłam od opuszczenia Nepalu w 2009 roku. Jest to dosyć ciekawa mieszanka, na którą składają się folklor, pewien rodzaj ciepłej swojskości oraz życzliwość i sympatia, wynikające z natury i filozofii życia ludzi. Różnice zauważalne były nawet w modzie: kożuchy i kufajki chętnie noszone przez Rosjan, u Mongołów zastąpione zostały przez przepiękne, wzorzyste i barwne płaszcze, zaś na ich głowach pojawiły się bardzo oryginalne czapki i kapelusze, w zastępstwie dla niewyróżniających się niczym szczególnym nakryć Rosjan.

  Im dalej w głąb kraju podążaliśmy, tym bardziej zapierało mi dech z wrażenia. Z każdej strony, aż po horyzont, ciągnęły się dzikie stepy pokryte bielutkim śniegiem, gdzieniegdzie tylko wyrastały z nich bure wzgórza, skąpane w delikatnej mgle. Błękit nieba, wspaniałe słońce oraz zdecydowanie wyższa niż w Rosji temperatura zdradzały, że niecodzienne mrozy zostawiłam już za sobą, a teraz będzie już tylko cieplej i przyjemniej. Na horyzoncie zaczęły pojawiać się pierwsze jurty, postawione dosłownie pośrodku niczego. Zastanawiałam się, czy są zamieszkiwane przez cały rok, czy tylko w okresie letnim, podczas wypasu bydła. Od czasu do czasu zatrzymywaliśmy się po środku drogi tylko po to, by poobserwować wielbłądy, które majestatycznie i bez pośpiechu przecinały te bezkresne pola, lub pędzące stada dzikich koni, pozostawiających za sobą śnieżną mgiełkę. Wzruszenie co chwilę ściskało mi gardło, po raz pierwszy doświadczyłam tak fanstastycznej, niczym nieograniczonej wolności – widok nieosiodłanych zwierząt, galopujących przed siebie w przestrzeni zdającej się nie mieć końca, potrafi naprawdę wycisnąć łzy. Kilka razy miałam ochotę wyskoczyć z samochodu, by pognać wraz z nimi w tę dziką, nietkniętą jeszcze ręką człowieka, naturę. Czasem, niewiadomo skąd, pojawiali sie jacyś pojedynczy, jakby zbłąkani jeźdźcy, wyglądem swym przypominający skrzyżowanie beduinów z kawalerią, znaną nam z obrazów Józefa Brandta. Na śnieżnobiałym tle wyraźnie odznaczały się ich barwne stroje oraz szczelnie owinięte tkaninami głowy, chronione w ten sposób od wiatru i mrozu. Oni również zdawali sie gnać przed siebie tylko po to, by cieszyć się wolnością, pozostawiając po sobie jedynie ledwo widoczną smugę na białym śniegu. Tego dnia po raz drugi w życiu poczułam tak dosadnie, jakim nic-nie-znaczącym-pyłkiem jestem w obliczu Matki Natury. Mimo tego rozpierało mnie najczystsze szczęście.

*Leszek Herdegen, „Ballada o małym rycerzu”

Reklamy

9 comments

Podziwiam i zazdroszczę! Nie wiem czy odważyłabym się na podjęcie takiego wyzwania jak Twoja wyprawa, choć mam świadomość, że to na pewno jest niezwykle ekscytujące doświadczenie.

A to dopiero początek tej historii, która trwa już ponad 10 miesięcy! Mam okropne zaległości w postach, ale Wasza obecność motywuje mnie do poprawy sytuacji 😉 dziękuję!

„Ja – samotna autostopowiczka – przemierzyłam calusieńką Rosje, zdając się na przychylność i pomoc obcych ludzi” – ależ to wspaniele brzmi! I wyobrażam sobie przemierzanie tak ogromnego kraju pokrytego śniegiemi i przepiękne widoki i niecierpliwie czekam na więcej opisòw (oczywiście nie tylko tych z Rosji) ♥ 🙂

Comments are closed.