Mongolski szaman prezentujący swój tradycyjny strój

W pogoni za mongolskim szamanem, cz.2

Kolejnego dnia szaman, z którym umówił mnie chłopak z Grand Chinggis Khaan Square, nie odbierał telefonu, więc, chcąc nie chcąc, musiałam zmienić plany. Dzień był słoneczny i dużo cieplejszy od poprzedniego, wobec tego postanowiłam wyruszyć na zwiedzanie lokalnych świątyń buddyjskich. W pierwszej kolejności skierowałam się do Gandantegchinlen Monastery – miejsca polecanego mi przez moją gospodynię. Klasztor wraz z okolicznym kompleksem świątyń był położony 20 minut spacerem od mieszkania dziewczyny, więc, mimo panującego chłodu, żwawo ruszyłam przed siebie, wspomagając się GPS-em w telefonie komórkowym. Jakież było moje zdziwienie, gdy po kwadransie okazało się, że zostawiłam miejską część Ulaanbaatar za sobą i wkroczyłam w rejon… nazwijmy go elegancko: podmiejski, choć to naprawdę optymistyczne podejście do tego, co mnie otaczało – jurty, jurty, wszędzie jurty! A wokół nich biegające kury, koguty i inne zwierzęta hodowlane, kojarzone raczej z sielską wsią niż ze stolicą państwa. Nareszcie poczułam, że naprawdę jestem w Azji.

W pewnym momencie sygnał GPS-u się urwał, ja straciłam orientację w terenie i zwyczajnie się zgubiłam. Nie na długo jednak: po kilku minutach przyodziana w czerwień kobieta łamanym rosyjskim zapytała mnie, czy potrzebuję pomocy. Kiedy powiedziałam jej, dokąd zmierzam, zachęciła mnie gestem, bym podążała za nią, ponieważ ona idzie do tego właśnie klasztoru. Po drodze ja swoim jeszcze bardziej łamanym rosyjskim zapytałam o szamana (choć, prawdę mówiąc, ta pani wyglądała jak szamanka!), na co kobieta zareagowała bardzo entuzjastycznie, niemal wykrzykując z radością, że dziś wieczorem będzie wielu szamanów w jednym miejscu i że muszę koniecznie przyjść! Mowa ciała wystarczyła, bym zrozumiała, że będą bębny, szamańskie stroje i niezwykła atmosfera, więc dwa razy nie trzeba mnie było zapraszać – pani na karteczce zapisała godzinę i nazwę miejsca, w którym miała się odbyć uroczystość i udała się do świątyni, do której wstęp zarezerwowany był tylko dla mnichów. W tym momencie z oddali usłyszałam dźwięki Ohm Mani Padme Hum – mantry, która już zawsze będzie kojarzyć mi się z Nepalem i jego stolicą, bowiem podczas mojego pobytu w Kathmandu większość ulic wybrzmiewała tymi dźwiękami. Ścisnęło mnie gdzieś w środku i ruszyłam jak zahipnotyzowana w kierunku, z którego dochodziła pieśń, mając nadzieję na to, że dotrę do jednej ze świątyń znajdujących się w okolicy, co da mi szansę na zobaczenie jakiegoś wzniosłego wydarzenia. Niestety melodia zaprowadziła mnie pod drzwi obskurnej jadłodajni, więc wolnym krokiem wróciłam na dziedziniec świątyń.

Mimo że podczas poprzednich podróży bywałam już w podobnych miejscach, na dziedzińcu okazało się, że nie wszystkie buddyjskie zwyczaje i obrządki są mi znane. I choć bardzo chciałam w nich uczestniczyć, nie do końca wiedziałam, jakie czynności wykonywać oraz jaki jest ich cel. Zauważyła to jedna z kobiet biorących w nich udział. Natychmiast do mnie podeszła i gestem wskazała, bym podążała za nią. Zaprowadziła mnie do niewielkiego sklepiku znajdującego się tuż przy świątyni, prowadzonego przez mnichów. Tam wskazała drobiazgi, które powinnam nabyć: dwa niewielkie woreczki, jeden z zielonym proszkiem, drugi z odrobiną płynu. Ze sklepiku skierowałyśmy się w stronę sporego paleniska usytuowanego w czymś, co przypominało donicę. W palenisku znajdował się mocno rozgrzany piasek, należało wysypać na niego ów zielony proszek, który zaczął się tlić, wydzielając wonny dym. Sądzę, że brałam udział w obrządku zwanym Riło sang cie. Praktykujący go wierzą, że pomaga on usunąć różne przeszkody i wprowadzić harmonię w otoczeniu. Odprawia się go także w celu poświęcenia nowego domu czy mieszkania lub gdy pojawiają się życiowe przeszkody – choroby, konflikty itd. Może też stanowić część codziennej praktyki. Jego istotą jest właśnie wonny dym uzyskany z palenia rozmaitych substancji, m.in. gałęzi tui, a w przypadku praktykowania w zamkniętym pomieszczeniu – kadzidła. Na tyle, na ile zrozumiałyśmy się z panią, która była moim przewodnikiem po świecie lamaizmu, zrozumiałam, że prawdopodobnie spopieliłam sproszkowaną zieloną herbatę. Moja mentorka dała mi do zrozumienia, że unoszący się dym należy dłońmi kierować w stronę swoją lub poświęcanego przedmiotu, a jeśli to możliwe, można przedmiot nawet w ów dym włożyć (pani, a za jej przykładem również ja, okadziłyśmy np. swoje portfele, kobieta temu samemu procesowi poddała czyjąś fotografię). Na koniec, kiedy już wszystko zostało przez nas zanurzone w świętych wonnościach, tlący się w piasku popiół ugasiłyśmy płynem z drugiego woreczka (prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, czym był tenże płyn, być może naparem z zielonej herbaty? Wyglądał jak woda o zielonkawym zabarwieniu). Podziękowałam kobiecie za pomoc i udałam się w stronę młynków modlitewnych z nadzieją na to, że kilkukrotne pokręcenie nimi zapewni mi pomyślność w dalszej podróży. Następnie, z niemal ściśniętym z głodu żołądkiem, podreptałam w stronę miasta, by nieco się wzmocnić przed wielkim wieczornym wydarzeniem, o którym sama myśl przyprawiała mnie o zawrót głowy.

Jak się wkrótce okazało, sprawa jedzenia, a raczej jego zamówienia, nie była prosta. Niby zostałam zaopatrzona przez moją gospodynię w kartkę z informacją, że nie jem mięsa, ale najwyraźniej w Mongolii nikomu nie przyszłoby do głowy, że można nie jeść mięsa, ponieważ panie pracujące w miejscu, do którego weszłam z zamiarem spożycia obiadu, wyglądały na wyraźnie speszone. Ostatecznie otrzymałam coś, czego nie jestem w stanie  opisać, niewątpliwie jednak nie było w tym mięsa. Nie powiem, żeby zachwyciło mnie to smakiem tudzież aromatem, ale przynajmniej było ciepłe i roślinne. Z dużą ciekawością zamówiłam również mongolską herbatę, o której słyszałam całe legendy. Tradycyjna mongolska herbata (zwłaszcza ta pita zimą w jurtach, gdzieś w środku stepu) to połączenie herbaty, mleka, masła (a czasem nawet zwierzęcego łoju) oraz soli. Natomiast to, co otrzymałam, ograniczało się do dwóch składników – mleka i soli, a przynajmniej niczego innego w swoim czaju nie wyczułam.

Nadszedł czas, by rozpocząć poszukiwania miejsca, do którego zostałam zaproszona na spotkanie z grupą szamanów. Zaczęło się ciekawie, bo żadna z osób, które pytałam o zapisaną na karteczce lokalizację, nie miała pojęcia, jaki kierunek mi wskazać. Mój GPS również nie miał mi nic do zaoferowania, więc jedyne, co mi pozostało, to iść przed siebie i pytać przypadkowych przechodniów o jakieś wskazówki. Im dłużej się kręciłam, im częściej ktoś mnie odsyłał w skupiska jurt, tym większe emocje we mnie szalały. Przed oczami miałam jedną z takich jurt, pełną szamanów, bębnów, przedziwnych przedmiotów i strojów, pogrążoną w mroku i specyficznym zapachu. Widziałam już szamańskie ruchy i pozy, ni to taniec, ni to rytmiczne wprowadzanie się w trans, słyszałam bębny i pomrukiwania, czułam napięcie emanujące z szamanów. Im dłużej o tym myślałam, tym większa ekscytacja we mnie wzbierała. Błądziłam więc od miejsca do miejsca, coraz bardziej zmarznięta i przejęta, z głowa pogrążoną nie tylko w snuciu fantazji o zbliżającym się wydarzeniu, ale również w zadawaniu sobie pytań: „a co, jeśli nie znajdę tego adresu?”, „a jeśli mnie z jakiegoś powodu nie wpuszczą?”, itd., itp.. Wreszcie, po dobrej godzinie i kilku długich kilometrach, dotarłam pod wskazany adres. To, co zastałam na miejscu, kompletnie mnie zaskoczyło.

Reklamy

4 comments

W Japonii, w buddyjskich świątyniach, robią coś podobnego, do opisanego obrzędu z proszkami: zakupione w budkach kadzidła zatykają w wielkiej donicy i też okadzają się dymem. Ma to ponoć oczyszczać duszę i odpędzać złe duchy.

To jest chyba jeden z najbardziej charakterystycznych dla buddyzmu rytuałów, w wielu miejscach już widziałam to okadzanie się dymem. Choć w sumie daleko szukać nie trzeba – w katolicyzmie kadzidło spełnia podobną funkcję, księża też przecież okadzają wiernych czy np.ich mieszkania w czasie kolędy 🙂

Comments are closed.