Mnisi mongolscy po zakończonej ceremonii

W pogoni za mongolskim szamanem, cz.3 – ostatnia

Adres, pod który trafiłam, zgadzał się z tym zapisanym na kartce przez spotkaną kilka godzin wcześniej kobietę, ale nie zgadzało się nic poza tym: nie było wielkiej jurty (ani nawet małej), mimo uważnego nasłuchiwania nie słyszałam też żadnych bębnów ani śpiewów zachęcających przechodniów do wejścia. Zamiast tego widniał przede mną zwykły dwupiętrowy budynek z prostym dachem i pastelową elewacją, a billboard wiszący przy wejściu zachęcał do odwiedzenia salonu gier na pierwszym piętrze. Pomyślałam, że to pomyłka i powinnam wznowić poszukiwania, kiedy wchodząca do budynku mniszka, widząc moją konsternację, zachęciła mnie, bym poszła za nią. „Do salonu gier? Serio, idziemy razem do salonu gier?” – nie mogłam uwierzyć w to, co się działo. Miałam jeszcze ponad 30 minut do rozpoczęcia szamańskiego obrzędu, ponadto wciąż wierzyłam, że miejsce, do którego szłam z mniszką, nie jest tym, do którego zmierzałam, postanowiłam więc wejść na chwilę, by zaspokoić ciekawość i szybko udać się na dalsze poszukiwania. Ku mojemu zdziwieniu, minęłyśmy salon gier i dalej wspinałyśmy się po schodach. Zanim weszłam na kolejne stopnie, zatrzymałam się na kilka sekund przy wejściu do „piekiełka”, nie mogąc wyjść z podziwu dla właściciela tego miejsca, któremu udało się stworzyć specyficzną atmosferę salonu gier w miejscu pozbawionym jakiejkolwiek atmosfery. Za szklaną szybą, pogrążeni w półmroku młodzi Mongołowie, opierając się o krzesła barowe, zahipnotyzowani i w spazmatycznych drgawkach uderzali raz za razem w rozmaitych kształtów automaty, z nadzieją, że w końcu wyskoczą 3 wisienki lub inne – koniecznie identyczne – symbole. Mniszka dochodziła już do drugiego piętra, przyspieszyłam więc kroku i dogoniłam ją kilkoma susami. Przedarłyśmy się przez zaporę z bordowych zasłon i poczułam się, jakbym właśnie uległa teleportacji. Kotary skrywały buddyjski dom modlitwy.

Uderzająca cisza panująca w pomieszczeniu i unosząca się w nim charakterystyczna woń kadzideł sprawiły, że w jednej sekundzie zapomniałam o zgiełku miasta panującym dwa piętra niżej oraz o wyglądzie budynku, który jeszcze kilka minut wcześniej wywoływał we mnie mieszane uczucia. Mniszka nienaganną angielszczyzną zaproponowała mi filiżankę herbaty, zadała kilka kurtuazyjnych pytań, po czym wskazała miejsce, w którym mogłam przycupnąć, sama zaś pogrążyła się w przygotowaniach do zbliżającej się ceremonii. Już wiedziałam, że zaszło wielkie nieporozumienie i spotkana przed południem kobieta opacznie zrozumiała moje pytania o szamańską sesję. Doszłam jednak do wniosku, że nigdy wcześniej nie byłam świadkiem żadnego buddyjskiego obrządku, warto więc wykorzystać okazję, jaka się nadarzyła, i wziąć w niej choć bierny udział.

Nim zdążyłam opróżnić otrzymaną od mniszki filiżankę, sala zapełniła się po brzegi. Kilkadziesiąt mnichów i mniszek wyposażonych w sporych rozmiarów nakrycia głowy, bębenki i grzechotki siedziało na kolanach w dwóch rzędach naprzeciwko siebie, a prostopadle do nich siedzieli w dwóch rzędach wierni. Wszyscy uczestnicy otrzymali kartki z tekstem mantr i pieśni, również ja, ale z powodu bariery językowej (współczesny alfabet mongolski niewiele różni się od rosyjskiej grażdanki, którą czytam w tempie kilkulatka uczącego się dopiero składać litery w słowa) nie byłam w stanie z nich skorzystać. Po kolejnych kilkunastu minutach okazało się jednak, że kartka z tekstem nie jest mi do niczego potrzebna, gdyż w zasadzie mruczymy tylko jedną mantrę – „Om mani padme hum” – a jedyną zmienną jest rytm i melodia mruczenia. Przez pierwszą godzinę czerpałam naprawdę dużą przyjemność z sytuacji, w której się znalazłam, starałam się więc dać temu wyraz, aktywnie mrucząc pieśni i naśladując gesty pozostałych uczestników ceremonii. Zachwycało mnie i jednocześnie zastanawiało, od czego uzależnione były zmiany bębenków, grzechotek i nakryć głowy przez mnichów, w jakich momentach używany był dym z kadzideł i z jakiego powodu panuje ogólny smutek. Z każdą kolejną minutą czas jednak dłużył się coraz bardziej i bardziej, aż w końcu moje ciało zaczęło się okropnie wiercić, a ja nie bardzo potrafiłam nad tym zapanować. Marzyłam tylko o tym, by opuścić już to miejsce, jego energia zaczęła być uciążliwa i nieznośna, ale przez grzeczność i szacunek nie wypadało mi wyjść, przepychając się między ludźmi. Starałam się zatem ze wszystkich sił zachować spokój i kontrolę nad niepokornym ciałem, co w obliczu moich doznań nie było wcale takie łatwe: w jednej chwili wszystko zaczęło mnie drażnić – było mi za gorąco, za ciasno, za duszno, za jasno, za głośno i tak dalej. Kiedy więc po trzech godzinach ceremonia nagle się zakończyła, poczułam olbrzymią ulgę i radość. W duchu cieszyłam się, że dotrwałam do finału, ponieważ sporo osób podeszło do mnie, by wyrazić swą wdzięczność za to, że zechciałam wraz z nimi uczestniczyć w wydarzeniu. Słowom wzajemnego uznania i podziękowaniom nie było końca, ale po kolejnym kwadransie przedarłam się przez bordowe kotary i wróciłam do rzeczywistości. Ta powitała mnie dość brutalnie: srogim mrozem i kompletną ciemnością, w której musiałam odnaleźć drogę powrotną do mieszkania, w którym mnie goszczono. Wyssana z energii, powolnym krokiem oddalałam się od buddyjskiego domu modlitwy, myśląc o tym, że był to najdłuższy obrządek religijny, w jakim przyszło mi wziąć udział w mojej dotychczasowej egzystencji. Było mi bardzo żal, że mimo usilnych starań nie udało mi się znaleźć żadnego prawdziwego szamana. Nazajutrz miałam opuścić stolicę Mongolii i ruszyć dalej, co oznaczało, że moja szansa na spotkanie z szamanem na jakiś czas przepadła.