Życie na łodzi

Tuż po dotarciu na pokład naszej łodzi ruszyliśmy w rejs. Zapowiadało się dobrze: podróż zaczęliśmy na silnikach, wypłynięcie na pełne morze trochę nam zajęło, toteż przedwcześnie zaczęłam się cieszyć z tego, jak świetnie się czuję, mimo że „buja”. Do tej pory ilekroć wypływałam łodzią na nurkowanie, przebywanie na pokładzie dłużej niż kwadrans wywoływało u mnie chorobę morską. Nigdy nie mogłam cieszyć się rarytasami, które serwowano gościom, bo na sam ich widok żołądek wywracało mi do góry nogami. A tu taka niespodzianka! Płyniemy od kilku godzin, a ja czuję się jak młody bóg! Zachwycona, z wiatrem we włosach, napawałam się widokami, z ekscytacji nie mogąc zmrużyć oka.

Nie musiałam długo czekać, by przekonać się, że moja radość była zdecydowanie przedwczesna. Kolejnego ranka, tuż po otworzeniu jednego oka, ogarnęły mnie potworne mdłości, które nie chciały odpuścić przez kolejne TRZY dni. Woskowo-zielona na twarzy przeleżałam na rufie – z krótkimi przerwami – niemal trzydzieści sześć godzin. Kochani chłopcy (Cijin i Brett – kapitan) starali się jak mogli, by całe nasze życie toczyło się na tylnej części łodzi, kiedy tylko pozwalały na to warunki. Widząc, że najlepiej się czuję w pozycji leżącej, gdy zamiast wielkiej wody widzę niebo, urządzali pikniki na podłodze, by posiłki jeść ze mną, zamiast wygodnie – choć w odosobnieniu – przy stole. Leżąc na podłodze, graliśmy w karty, pobieraliśmy lekcje żeglarstwa, rozprawialiśmy na rozmaite tematy. Trzeciego dnia wczesnym popołudniem dotarliśmy na Belitung – uroczą, niewielką wysepkę, położoną na wschód od Sumatry. Widok wyspy mało nie przyprawił mnie o łzy wzruszenia, a na pewno o wielką radość. Byłam przekonana, że wyjście na stały ląd położy kres moim nudnościom. I co? I niedoczekanie. Przysięgam, stałam na lądzie – na plaży, na pomoście, w restauracji, na ulicy – i wszędzie mną nadal bujało, a uczucie to było chyba jeszcze gorsze od bujania, jakie odczuwałam na łodzi, bo o ile do tego drugiego zdążyłam już przywyknąć, o tyle to pierwsze stanowiło zupełną nowość. Załamana wracałam w pośpiechu na łódź, przeklinając w myślach swój błędnik. Na pokładzie było jeszcze gorzej, bo zakotwiczyliśmy jakieś kilkaset metrów od plaży, a to oznaczało bujanko subtelne, delikatne, coś pomiędzy byciem na lądzie a żeglugą na spokojnej wodzie. Dla mnie był to koszmar, nie mogłam zasnąć przez kilka godzin, mój żołądek płakał z wycieńczenia. I wtedy stał się cud. W końcu usnęłam, a gdy kolejnego poranka się obudziłam, po chorobie morskiej nie było śladu. W końcu mogłam w pełni uczestniczyć w życiu na łodzi, teorię przekuć w praktykę i pomagać we wszystkim, co robili Brett z Cijinem: zmieniać rodzaj i ustawienie żagli co kilka minut (w zależności od kierunku wiatru), łowić ryby, gotować, sprzątać, grać w karty i spożywać posiłki przy stole zamiast na ręczniku rozłożonym na podłodze. A ponadto czytać, czytać i jeszcze raz czytać książki, które zabrałam ze sobą w rejs, rozwiązywać sudoku, rozmyślać nad swoim życiem lub po prostu wylegiwać się na dziobie, ciesząc się słońcem i przyjemną bryzą. Tak naprawdę dopiero od tego dnia zaczęłam czerpać radość i przyjemność z żeglugi.

Dni mijały powoli i leniwie, zlewając się ze sobą tak bardzo, że zatraciliśmy zupełnie poczucie czasu. Dzień tygodnia, data w kalendarzu, a nawet pora dnia przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Od wschodu do zachodu słońca wyszukiwaliśmy sobie najróżniejsze zajęcia, byleby nie popaść w rutynę lub, co gorsza, nudę, po zachodzie zaś wyznaczaliśmy warty, podczas których osoba siedząca na sterach miała uważać na łodzie pływające w pobliżu (może się to wydać dziwne, ale zaskakująco często pojawiają się na otwartym morzu sytuacje zgoła niebezpieczne, które bez reakcji – najczęściej lekkiej zmiany kursu – mogłyby zakończyć się kraksą), zwracać uwagę na kierunek i siłę wiatru, rozglądać się w poszukiwaniu rybaków i ich sieci, które często za sprawą swoich imponujących rozmiarów o mały włos nie wpędzały nas w kłopoty. Muszę przyznać, że to naprawdę bardzo ekscytujące uczucie siedzieć za sterami w środku nocy, kiedy jedynym towarzystwem jest księżyc i miliony gwiazd, wiatr gna łódź z prędkością 8-10 węzłów, a ona w tym „pędzie” rytmicznie wali o tafle wody, rozbryzgując ją wszędzie dookoła. Człowiek wychyla się lekko z pokładu, pozwala świstowi powietrza smagać twarz i rozwiewać włosy i w głębi serca myśli, że może wszystko. Po chwili zaś dochodzi do wniosku, że natura jest czymś absolutnie doskonałym i pięknym i że w zasadzie tylko w harmonii z nią coś tak małego jak istota ludzka jest w stanie cokolwiek osiągnąć. A kiedy już się tak naduma i namyśli, przychodzi w końcu moment, w którym odczuwa znużenie przechodzące kolejno w zmęczenie i senność. Wtedy z pomocą przychodzi… muzyka. Nic i nikt, najpiękniejszy nawet głos słuchany przeze mnie w czterech ścianach czy w parku, na ulicy, w samochodzie lub podczas uprawiania sportu nie brzmiał tak, jak wybrzmiewała muzyka w moich uszach na środku oceanu, w kompletnych ciemnościach. Eddie Vedder i dźwięki jego cudownego ukulele, kojący głos Gentlemana podczas koncertu unplugged lub zadziorne Red Hot Chilli Peppers – miałam ochotę śpiewać wraz z nimi na całe gardło. Ale największym zaskoczeniem emocjonalnym i niespodzianką zarazem okazało się… Queen („Made in Heaven”, „I Was Born to Love You”, „Let Me Live”, „Bohemian Rhapsody” etc.) – dreszcze na całym ciele, łzy w oczach, uczucie jakby grali tylko dla mnie na bardzo ekskluzywnym koncercie. Dla takich momentów naprawdę warto żyć!

I choć żegluga ostatecznie nie pochłonęła mnie bez reszty i z żalem stwierdzam, że chyba nie połknęłam bakcyla, z pełnym przekonaniem mówię: dawno nie doznałam tylu rozmaitych emocji, dawno nie miałam okazji być tak bardzo sama ze sobą, od dawna nie miałam tak dużo czasu na czytanie i kontemplacje. Co z kolei nasuwa mi wniosek, ze może żeglarka ze mnie żadna, za to pasażerka pierwsza klasa i nie raz jeszcze z przyjemnością wsiądę na łódź, by móc znowu oderwać się od wszystkiego i pośrodku wielkiej wody zadumać się nad pięknem tego świata.

Reklamy

2 comments

Comments are closed.